Trudne sprawy, czyli Nintendo kontra fani

Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał stworzyć remake swojej ulubionej gry ze SNES-a, to wiedz, że za twoimi plecami stoi potężny jegomość, gotowy każdej chwili pokazać ci świstek papieru z ostrzeżeniem i duży środkowy palec.


Nintendo miało bardzo pracowity tydzień.

Na początku zeszłego tygodnia zagorzały fan serii Metroid upublicznił Another Metroid 2 Remake (AM2R) – remake Metroid 2: The Return of Samus, nad którym pracował ładnych kilka lat, będący jednocześnie hołdem złożonym serii kończącej w tym roku 30 lat. Niestety, gra zniknęła z serwerów równie szybko, jak się na nich pojawiła. Okazało się bowiem, że zadziałali prawnicy amerykańskiego oddziału Nintendo: wysłali pismo do serwisów hostujących grę, w którym zaznaczyli, że jej twórca złamał zapisy ustawy Digital Millennium Copyright Act (DMCA) bezprawnie korzystając z objętych ochroną praw autorskich materiałów pochodzących z różnych gier z serii Metroid. Z samym twórcą nie chciano z kolei rozmawiać.

Podobny los spotkał wydanemu w poniedziałek Pokémon Uranium. Fanowska wersja Pokemonów powstawała przez 9 lat i w ciągu kilku dni od premiery pobrano ją ponad półtora miliona razy. Jednak do akcji znowu wkroczyli prawnicy Nintendo ze znanym wcześniej schematem: wysyłanie pism z żądaniem zaprzestania dystrybucji i brak jakiegokolwiek kontaktu z developerami.

Oczywiście nie są to jedyne przypadki, ponieważ Nintendo znane jest z tego, że lubi nasyłać prawników na tego typu inicjatywy. Wystarczy tylko przypomnieć, co stało się z kanałem na YouTube Pokemon Reorchestrated, z przeglądarkową wersją The Legend of Zelda w 3D, ze skasowanym w zeszłym roku Super Mario 64 HD, i z jakimi problemami borykali się twórcy Full Screen Mario (której koncepcja najwyraźniej spodobała się Wielkiemu N, czego dowodem jest Super Mario Maker) i Ocarina of Time 2D. Gdyby SEGA z podobną gorliwością walczyła z fanowską twórczością, to Deviantart już dawno przestałby istnieć.

Ta relacja pomiędzy Nintendo a jego fanami jest fascynująca: po jednej stronie barykady znajdują się ludzie oddani Wielkiemu N, którzy od czasu do czasu chcieliby to i owo „poprawić” w swoich ulubionych tytułach, albo stworzyć coś od nowa i po swojemu (fanfic?); po drugiej stoi duża firma, która dla swoich fanów chce jak najlepiej, ale gdy w grę wchodzi łamanie praw autorskich, to trudno mówić o odwzajemnianiu ich miłości.

Gdyby SEGA z podobną gorliwością walczyła z fanowską twórczością, to Deviantart już dawno przestałby istnieć.

Jasne, żadna szanująca się firma nie lubi, kiedy ktoś bez zgody wykorzystuje jej zasoby w celach zarobkowych (patrz: Limbo of the Lost). Tyle tylko, że w powyższych przypadkach wszystkie projekty były dostępne za darmo – nikt na tym nie zarabiał, wszystko to robiono dla zabawy i własnej satysfakcji. Dodatkowo sposób, w jaki Nintendo próbuje z tym walczyć jest nieskuteczny. Bo mimo, że AM2R oraz Pokémon Uranium zostały oficjalnie zdjęte z serwisów, to jednak gry te wciąż wędrują po globalnej sieci w tzw. drugim obiegu.

Nintendo musi w końcu przyjąć do wiadomości, że takich fanowskich twórczości będzie powstawało jeszcze więcej, czy tego chce czy nie. To jest nieuniknione, a w przypadku tak ogromnej rzeszy najwierniejszych fanów także trudne do upilnowania. Ochrona praw autorskich jest ważna i to jest fakt niepodważalny, ale na tym polu Nintendo jest stratne głównie od strony wizerunkowej – każdy ruch dążący do zlikwidowania podobnych inicjatyw zawsze spotka się z falą krytyki, bo uderza w dużą i niezwykle aktywną społeczność. I jeśli mimo to Nintendo sądzi, że dzięki tym ruchom się przestraszą, to się grubo myli.

Krótko mówiąc, Nintendo musi wyciągnąć wnioski z ostatnich wydarzeń i zmienić swój sposób myślenia o fanowskich projektach. Jeszcze lepiej, jeśli wyjdzie z roli czarnego charakteru i dojdzie do jakiegoś porozumienia z fanami. Bo jeśli wybuchnie nowa afera, to nawet nowa Zelda nie zdoła jej przysłonić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *