Piętnasty „fajnal” i zero strachu

Moje obawy związane z piętnastą odsłoną serii Final Fantasy zniknęły niedługo po wciśnięciu „New Game”.

Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo byłem przerażony tą grą. Każdy nowy film pokazujący choć kawałek gameplay’u, głównych bohaterów czy nowości mające docelowo uprzyjemnić mi rozgrywkę utwierdzał mnie w przekonaniu, że to nie gra dla mnie; że to już nie jest Final Fantasy, na którym się wychowałem.

Mój pogląd na najnowszą produkcję Square Enix zmienił się, kiedy w końcu uruchomiłem ją na swojej konsoli. Kiedy zacząłem zwiedzać ten nowy świat, poznawać jego mieszkańców i bawić się tym wszystkim, co gra ma sobą do zaoferowania, moja wstępna deklaracja spędzenia z tym tytułem godzinę „na próbę” przerodziła się w 6 godzin przesiedzianych z padem w ręku.

FFXV ma bowiem wszystko,co powinien posiadać jRPG wysokiej klasy na miarę konsol nowej generacji m.in. bardzo dobrą oprawę audio i wideo, która wbrew pozorom nie trąci „japońszczyzną”, gamelay’owy powrót do rozwiązań z FFXII (a nawet daje od siebie worek nowych pomysłów), czytelny i intuicyjny system walki i rozwoju postaci oraz ogromny świat do zwiedzania.

Jednak oprócz nowości gra zawiera w sobie wiele elementów, które charakteryzują tę znaną serię z dawnych lat. Nie powinien zatem dziwić zawarty na samym początku napis:

For Final Fantasy Fans and newcomers alike.

Wystarczyło spędzić z tym tytułem kilka godzin, żebym ja, jako fan i weteran serii, mógł potwierdzić, że w tej frazie zawarto samą prawdę. Nowy „fajnal” to dla mnie największa niespodzianka tego roku, która na długo przed premierą narobiła mi sporo nerwów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *