Dzień dobry. Poproszę Xboxa i konsolę.

Podczas gdy całe rzesze graczy od lat biorą udział w bratobójczej wojnie, by rozstrzygnąć spór o to, która platforma do grania jest najlepsza, albo dyskutują o swoich ulubionych grach do późnych godzin nocnych, reszta wykazuje się zdrową ignorancją, której tak bardzo im zazdroszczę.

W trakcie urlopu odwiedziłem lokalny sklep z konsolami, w którym to jeszcze jako gówniarz dorabiałem wykonując proste zadania, od doradzania klientom ws. gier do zamiatania podłogi. Z moim kolegą i zarazem właścicielem sklepu gadaliśmy o ty i o owym, gdy nagle coś przykuło moją uwagę. Kątem oka spostrzegłem na głównej półce, tuż pod PS4 i XO, trzy egzemplarze Nintendo Switch z opartymi o nie pudełkami The Legend of Zelda: Breath of the Wild i Arms.

Dla mnie to był szok! Dobrze znam swojego kolegę i jego podejście do produktów z logiem Nintendo. Pamiętam jak mówił, że wystawiając na półkę cokolwiek z „Nintendo” w nazwie trzeba było się liczyć ze stratami, głównie przez brak widocznej działalności firmy z Kioto na naszym podwórku. Dlatego bardziej opłacało się bezpośrednio sprowadzać pojedynczy towar uprzednio zamówiony przez klienta, niż od razu rzucać się na głęboką wodę sprowadzając 20 konsol, z czego jedna będzie się kurzyć na wystawie, a reszta w magazynie. Tym bardziej obecność konsoli Nintendo na półce sklepowej po latach banicji wywołało u mnie niemałe zaskoczenie.

W tym momencie kolega zwrócił mi uwagę na jedną rzecz. Jego sklep odwiedzają najprzeróżniejsze osobistości, jednak o istnieniu Switcha wiedzą tylko nieliczni, a mianowicie zatwardziali gracze, którzy na elektronicznej rozrywce zjedli zęby. Dla pozostałej grupy klientów (a nie jest ich tak znowu mało) istnieją tylko dwie platformy: Xbox i „konsola”.

Xboxa kojarzą, bo Microsoft postarało się o udaną promocję, gorzej, jeśli zapytać ich o konkretną wersję. „Konsola” to w domyśle PlayStation – to na nią zwykle wskazują palcem, żeby wyjaśnić, o co im chodzi. Tyle i aż tyle, więcej wiedzieć nie muszą, a nawet nie chcą.

W pewnym sensie niewiedza takich ludzi na temat elektronicznej rozrywki to jest coś, czego im najbardziej zazdroszczę. Ot przychodzi delikwent do sklepu, kupi sprzęt dla bratanka/siostry/dziecka na komunię/święta/wakacje, raz na jakiś czas sam sięgnie po pada i reszta go nie interesuje. Ja tymczasem siedzę w grach od ponad 20 lat, piszę o nich od ponad 10 i wystawiam się na pośmiewisko, jeśli nie znam najbardziej kluczowych postaci w branży, albo jeszcze nie ogrywam długo oczekiwanego tytułu, który pojawił się godzinę temu na Steam.

Gdybym tylko chciał i mógł, to rzuciłbym tę elektronikę w cholerę do jeziora, skasował z mojego mózgu całą tę bezużyteczną wiedzę i usiadł do bardziej odpowiedzialnej i pożytecznej roboty. Czegoś, co nie zżerałoby niepotrzebnie czas, a przyniosłoby jakieś korzyści dla mnie i dla całego społeczeństwa. Nie mówiąc już o uprawianiu hobby, które najprawdopodobniej rozwinęłoby u mnie dawno skrywany/e talent/y.

Jest tylko jeden mały problem: lubię robić to, co obecnie robię, tzn. pisać o grach, rozmawiać o nich, grać w nie i czerpać z nich radość. Nawet jeśli w pełni zdaję sobie sprawę z tego, że jest to niekiedy dla mnie męczące, a wiedza, którą posiadam, jest nikomu do niczego potrzebna.

I weź tu, człowieku, bądź mądry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *