Bij dinozaura po mordzie!

Był w moim dzieciństwie wiele chwil, do których chciałbym jeszcze powrócić. I na szczęście mogę.

Kiedy byłem dzieckiem z niecierpliwością wyczekiwałem dwóch dni w roku: Gwiazdki i urodzin. Powód był bardzo prosty – prezenty. Dzisiaj widzę, jak dzieciaki w wieku 6-7 lat dostają od swoich rodziców Ajfony, Quady, komputery typu PC Master Race i od diabła innych gadżetów, które kosztują więcej, niż szkolna wyprawka razy sześć lat podstawówki. Kiedy ja byłem w ich wieku prezenty, jakie dostawałem w tych dwóch dniach, były dla mnie na swój sposób szczególne.

Na Gwizdkę dostawałem najprzeróżniejsze rzeczy: od ubrań, po klocki Lego i dyskietkę/i na Pegazusa (o tym fenomenie chciałbym napisać kiedy indziej), aż do zabawek i przyborów do rysowania. Jednak moja radość sięgała zenitu, kiedy pod choinką znajdowałem kasetę magnetofonową z bajką.

Tak, kilkuletni chłopczyk dostawał kasety z bajkami do słuchania i był z tego cholernie zadowolony. Oprócz zestawu standardowych bajek od braci Grimm, Andersena, Babci Gąski itp. (wszystkie bez cenzury!) trafiały się także prawdziwe unikaty typu „Plastusiowy pamiętnik” z Ireną Kwiatkowską w roli głównej, „Hebanowa Baśń” z cudowną muzyką jazzową autorstwa Marka Sarty, „Legenda o królu Popielu” i wiele innych. Słuchałem ich niemal codziennie czy to podczas odrabiania lekcji czy kładąc się spać. Kolekcja poszerzała się z roku na rok, a w kulminacyjnym momencie liczyła sobie jakieś kilkadziesiąt kaset. Mogę się mylić, ale to chyba przez to zrodziła się moja miłość do słowa mówionego w radiu.

Jeśli chodzi o urodziny, to ważne do odnotowania jest to, że obchodzę je w środku lata. Dlatego niemal zawsze, kiedy zbliżał się dzień moich urodzin, byliśmy z całą rodziną w samym środku jakiegoś wyjazdu. Co można zaoferować takiemu „birthday boy” będąc poza miejscem zamieszkania? Cóż, zazwyczaj był to wypad na srogie lody. Jeśli byliśmy w Zakopanem, to dodatkowo zaciągałem rodziców do niewielkiego sklepu z pokaźnym zasobem kolcków LEGO i wybierałem jeden, najmniejszy zestaw. I też było dobrze.

Takie salony cechowały się niepowtarzalnym klimatem i posiadały moc zatrzymywania czasu. Jeśli dobrze pamiętam, to nadmorskie salony były zdecydowanie lepiej uposażone.

Największa radość pojawiała się wtedy, kiedy obchodziłem urodziny w Sulejowie. To niewielka gmina w województwie łódzkim posiadająca ogromne połacie lasów i mnóstwo ośrodków wypoczynkowych. Jednak dla mnie Sulejów, podobnie jak wiele innych tego typu miejscówek wypoczynkowych, będzie również kojarzyć się z czymś innym: z jedynym (?) w województwie salonem z automatami do gier. I to solidnie wyposażonym: co bardziej znane tytuły, jak np. OutRun, House of the Dead 2, Crazy Taxi, Tekken 3 czy King of Fighters były tam na porządku dziennym.

W dniu moich urodzin dostałem 5 zł (wtedy to było naprawdę dużo pieniędzy!) i razem z bratem poszliśmy „młócić”. Na naszej skromnej liście gier do ogrania w salonie były głównie beat’em upy, ponieważ a) uwielbialiśmy wtedy wszystko co było związane z Teenage Mutant Ninja Turtles, wliczając w to gry na Pegazusa; b) to był jeden z nielicznych gatunków gier na automaty, który dało się faktycznie przejść do końca.

W tamtym czasie w sulejowskim salonie górowały dwa tytuły: Violent Storm i Cadillacs and Dinosaurs. Przy moim ogromnym szacunku dla tego pierwszego, najwięcej czasu spędziliśmy przy tym drugim. Przepuściliśmy przy tym automacie całą gotówkę. Rok później sytuacja się powtórzyła. To samo dwa lata później. Pojęcia nie mam, ile w sumie straciliśmy, ale wiem, że ilekroć pojawialiśmy się w tym salonie, przepuszczaliśmy każdą gotówkę, a i tak nigdy nie udało nam się przejść gry w całości.

Minęło ponad 20 lat. Potem z Cadillacs and Dinosaurs miałem do czynienia jeszcze dwa razy. Raz na Pixel Heaven w 2016 roku – automat stał w skrzydle z retrogrami i każdy mógł w nią zagrać. Niestety, pieniędzy miałem wtedy tyle, abym mógł przeżyć do następnej wypłaty. Czyli kolejna porażka.

Drugi raz nadarzył się w tym roku Krakowie. Razem z dziewczyną i z ekipą gamemusic.pl udaliśmy się do miejscówki, gdzie za jednorazową opłatę mogliśmy grać w dowolną ilość razy na wiekowych i nieco nowszych pinballach i automatach arcade. Zabawy było co nie miara, jednak na dłużej postałem przy automacie z Cadillacs and Dinosaurs. Najpierw pograliśmy razem z dziewczyną (Players 2 FTW!), a potem wybrałem się w samotną wędrówkę, kopiąc tyłki zbirom i dając w mordę łażącym tu i ówdzie dinozaurom.

Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, że nieskończona liczba kontynuacji jest sporym ułatwieniem, ale wtedy ważniejsze było dla mnie zobaczyć napisy końcowe w grze, w którą zacząłem grać przeszło dwie dekady temu. I w końcu mi się to udało.

Ta historia nie ma żadnego morału, jak i większego sensu. Chciałem się tylko pochwalić osiągnięciem celu, jaki sobie wyznaczyłem wiele lat temu. Kosztowało mnie to sporo czasu, cierpliwości i trochę szczęścia, ale przynajmniej sprawiłem sobie przy tym masę radochy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

12 − 11 =