Upadek żywych trupów

W minionym tygodniu gracze żyli trzema wydarzeniami: wspólny cross-play Nintendo i Xboxa z PlayStation, narodziny Bowserette i bankructwo Telltale Games. W przypadku pierwszego tematu można jedynie powiedzieć, że musiało do tego kiedyś dojść. Drugi temat będzie żyć jeszcze długo, a i sam mam w planach niedługo dołożyć kolejną cegiełkę do dyskusji. Natomiast teraz warto nieco przyjrzeć się upadkowi 14-letniej firmy.

Jak większość firm developerskich, Telltale Games zaczynało od bardzo niskiej półki: gry karcianej Texas Hold’em i produkcji na podstawie serialu CSI. Z czasem doszły bardziej znane tytuły, jak przygodówki Sam & Max i bardzo ciepło przyjęte Tales of Monkey Island. Jednak dopiero w 2012 roku o studiu zrobiło się naprawdę głośno, kiedy na rynek wyszedł tytuł, który na swój sposób zrewolucjonizował gatunek przygodówek – The Walking Dead.

Bo trzeba przyznać, że gra, której formuła opiera się głównie na dokonywaniu moralnych wyborów mające wpływ na dalszy przebieg rozgrywki i w dodatku dotyczy świata serialu The Walking Dead, gdzie nie wszystko jest zero jedynkowe, zmieniło myślenie graczy o przygodówkach. Każdy kolejny odcinek pierwszej, a potem drugiej serii szokował, zachwycał i w ogóle robił sieczkę z mózgu. Już nie wspomnę o licznych ohah i ahah, jakie towarzyszyły serii na początku jej drogi.

I nagle, ni stąd, ni zowąd gruchnęła informacja, że Telltale bankrutuje i zwalnia ponad 200 osób (pracownicy opuścili firmę w niecałe pół godziny i bez odprawy). Wszyscy patrzyli na szybki i niespodziewany upadek odnoszącej sukcesy firmy i zaczęli się zastanawiać, jak do tego mogło w ogóle dojść. A wystarczy tak naprawdę prześledzić historię wydawniczą Telltale i wszystko powinno być jasne

Nie jest tajemnicą poliszynela, że Telltale nie poprzestało na jednym sukcesie i zaczęło tworzyć kolejne gry na bazie rozwiązań z TWD m.in. The Wolf Among Us, Batman, Minecraft Story. Jeśli dobrze liczę, to razem z kolejnymi sezonami TWD Telltale wydało w ciągu pięciu lat 13 gier! I jedynie, czym się różniły między sobą, to fabułą i uniwersum. Silnik, grafika i założenia rozgrywki pozostały całkowicie bez zmian! Co oznacza, że gracze otrzymywali co roku średnio trzy takie same gry, tylko pod inną nazwą. Dołóżmy do tego wykupywanie licencji znanych marek, piętrzące się zobowiązania oraz nie dotrzymywanie terminów i mamy przepis na doskonałą katastrofę.

Konsekwencje poczynań studia dało się przewidzieć dużo wcześniej, co pozwoliłoby może nie tyle uchronić przed katastrofą, co zredukować straty do pewnego stopnia. Jednak Telltale chciało wszystkiego za dużo i za szybko, licząc pewnie na to, że ich genialne pomysły sprzed pięciu lat nadal będą się dobrze sprzedawać. Koniec końców stracili wszyscy: i firma, która zaczynała kompletnie od zera i szybko wspięła się na szczyty, i pracownicy z wiadomych powodów.

Morał z tej smutnej historii płynie taki, że jeśli ktoś chce tworzyć gry i osiągnie ogromny sukces, to nie z góry zakładać, że cokolwiek zrobi (albo nie zrobi), to gracze będą go kochać do końca świata. Tym bardziej nie może cały czas stać cały czas w jednym miejscu, a już z całą pewnością nie może pozwolić na to, aby ilość wyparła jakość.

Niech zatem przypadek Telltale Games będzie przestrogą dla nowych w tej branży, żeby plusy nie przesłoniły im minusów.