Nie płakałem po 3D

Nintendo jest ostatnią firmą w branży, która oficjalnie pożegnała się z technologią wyświetlania obrazu 3D w grach. I dobrze.

Pod koniec tygodnia Nintendo zaprezentowało światu nową konsolkę przenośną – New 2DS XL. Konsolka jest większa, poręczniejsza, no i przede wszystkim tańsza w porównaniu z New 3DS XL. Jednocześnie nowa zabawka ostatecznie mówi „dobranoc” opcji wyświetlania obrazu 3D w grach bez korzystania ze specjalnych okularów, która jeszcze w 2011 roku była dla Nintendo oczkiem w głowie.

Będąc zupełnie szczerym, możliwość grania w pełnym trójwymiarze jest fajną przygodą na chwilę, ale robienie z tego motoru napędowego do swoich produkcji to gruba przesada. Już pal licho kwestie zdrowotne! Po prostu opcja ta jest niepraktyczna z marketingowego punktu widzenia.

Znaczek „Now in 3D” na opakowaniu gry jest dla mnie jasnym sygnałem, że zapłacę ciut więcej za gadżet, którego użyję może kilka razy, a potem w ogóle o nim zapomnę, o ile oczywiście będę miał w domu telewizor z funkcją wyświetlania obrazu 3D (choć za cenę takiego równie dobrze mogę kupić nową konsolę, kilka nowych gier i jeszcze trochę mi zostanie). Rozumiem, że np. Batman wygląda fenomenalnie w trakcie scen walki, ale trzymanie na nosie okularów przez całą grę mija się tak naprawdę z celem. Z filmami wyświetlanymi w takim IMAX jest zresztą podobnie: jeśli nie dostanie się oczopląsu w trakcie oglądania Iron Mana, to można dać się wciągnąć. Pod warunkiem, że mówimy tu o scenach akcji, bo w przypadku reszty filmu 3D jest zbędne.

Swojego 3DSa kupiłem niemal kilka miesięcy po premierze i nie żałuję, bo wychodzi na niego masa świetnych gier. Ale z suwaka włączającego obraz 3D skorzystałem może kilka razy i nie trwało to dłużej niż minutę. Tym bardziej krew mnie zalewa, gdy sobie pomyślę, że jakiś czas później na rynku pojawiła się tańsza wersja konsolki i bez opcji 3D. Teraz, kiedy branża odwraca się od 3D mogę być pewny, że nigdy więcej nie popełnię podobnego błędu.