Scorpio i Pro nie podbiją świata

Zadaniem zarówno świeżo zapowiedzianego Xbox Scorpio, jak i niedawno wypuszczonego na rynek PlayStation 4 Pro jest przede wszystkim przekonać nieprzekonanych, niż nakłonić obecnych klientów na przesiadkę ze starego sprzętu.

Jeśli miałbym w dużym skrócie opisać, czym tak naprawdę są nowe zabawki Microsoftu i Sony, to powiedziałbym, że są to są duże aktualizacje wprowadzające kilka bajerów mogące zainteresować raczej tych, którzy z PS4 i XO nie mieli dotąd nigdy do czynienia. Bo możliwość grania w rozdzielczości 4K, większa moc i zdecydowanie lepsze wsparcie dla VR to naprawdę niezłe atuty. Jednak to zdecydowanie za mało, żeby przekonać mnie do przesiadki z jednej platformy na drugą, w dodatku z tej samej generacji konsol.

Konsolę kupuje się właśnie po to, by latami po prostu grać, nie przejmując się aktualizacją sprzętu czy oprogramowania, dlatego sam nie mam potrzeby zmieniać coś, co się sprawdza. Starszą wersję PS4 zakupiłem od człowieka, który konsoli musiał się pozbyć bynajmniej z powodu Pro – po prostu miał dziecko w drodze, to i priorytety się zmieniły (choć podkreślił, że zamierza w przyszłości nabyć Pro). Z kolei PS3 Slim kupiłem dlatego, bo… wcześniej nie miałem funduszy na „grube” PS3 (pamiętacie po ile stały? 2-3 tys?). A kiedy kasa się pojawiła, to pojawił się też Slim, więc skorzystałem z okazji. Obie konsole służą mi do dziś.

Scorpio i Pro to dobra opcja przede wszystkim dla tych, którzy jeszcze grzęzną w poprzedniej generacji. Pozostali, mający u siebie nieco starsze PS4 i XO, muszą się głęboko zastanowić, czy przesiadka na sprzęt, którego tytuły „na wyłączność” pozwalają w zasadzie li jedynie wyświetlić obraz w 4K (o ile są w stanie wydać na taki telewizor odpowiednią sumkę) ma jakikolwiek sens.

Niemniej czekam na dalszy ruch Sony i Microsoftu. Bowiem ich nowe zabawki z pewnością są dobrym wstępem do dyskusji o kolejnej generacji, która, moim zdaniem i wbrew czarnowidztwu niektórych dziennikarzy, nastąpi prędzej czy później.