Mini jest piękne

Obiecuję, że to już ostatni smętno-sentymentalny wpis o grach retro i „starych, dobrych czasach. Ale to, co mam do przekazania, jest arcyważne! Chyba. Raczej. Tak mi się wydaje.

Kiedy czytacie te słowa, ja przeglądam oferty SNES Classic Mini. Ceny wahają się w granicach 500-700 zł. Całkiem sporo, jak na kawałek plastiku z paroma znanymi grami na pokładzie, które każdy już przeszedł. Niemniej sądzę, że prędzej czy później właśnie ten kawałek plastiku zagości na mojej półce wraz z innymi, większymi konsolami.

Już teraz zapewne usłyszę głosy stylu „ale po co ci to”, „to się w ogóle nie opłaca”, „na głupoty kasę wydajesz”, no i oczywiście nieśmiertelne „przecież są emulatory”. I jest całkiem duże prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że to wszystko jest prawdą. Jednak dla mnie, człowieka wychowanego na Pegazusie i przylepionego do ekranu grubego telewizora CRT, to bodaj jedyny sposób, abym mógł zagrać w najważniejsze tytuły w historii gamingu, do których nie miałem dostępu ponad 20 lat temu. Zarówno miniaturowa wersja SNES, jak i NES oraz zapewne inne, jakie pojawią się w niedalekiej przyszłości, dają mi taką możliwość. I to w dodatku w warunkach zbliżonych do tych z lat mojego dzieciństwa.

Oczywiście są emulatory, a nowsze konsole oferują dostęp do retro gier w cyfrowej dystrybucji. Ale raz, że to nie będzie to samo, a dwa, że gra na emulatorze, czy to na telefonie czy na komputerze, nieco mnie rozprasza. Dlatego osobiście wolę mieć w ręku najprostszy w obsłudze pad, którego kabel łączy się z niewielką konsolą, a 8- i 16-bitowe postacie poruszają się na ekranie starego telewizora ze wszelkimi możliwymi wadami obrazu.

Sentymentalne? Tak. Głupie? Całkiem możliwe. Ale jeśli dzięki tak niewielkim rzeczom mogę choć na chwilę przenieść się do przeszłości i nadrobić zaległości sprzed lat, jestem w stanie wytrzymać każdą, nawet najbardziej uszczypliwą uwagę skierowaną w moją stronę.

Poza tym, po kilkunastu latach dostaliśmy Star Fox 2. No proszę was, kto chciałby przepuścić taką okazję?