Dwa światy na Digital Dragons

W ciągu roku, zwykle w okolicach lata, odbywa się w Polsce prawdziwy festiwal imprez związanych z grami. To właśnie wtedy gracz, taki jak ja, może powiedzieć, że czuje się najlepiej, bo znajduje się w towarzystwie „swoich”. Kiedyś to samo mówiłem o Digital Dragons, choć od jakiegoś czasu towarzyszy mi na tej imprezie swego rodzaju uczucie odosobnienia. Punkt kulminacyjnym nastąpił w tym roku.

Digital Dragons to wydarzenie o charakterze branżowym. W jednym miejscu spotykają się developerzy, wydawcy i inni niepoprawni marzyciele. Słowem: wszyscy ci, którzy w mniejszym lub większym stopniu mają cokolwiek wspólnego z tworzeniem gier, niż z graniem w nie li tylko i wyłącznie dla przyjemności.

Wszyscy ci ludzie rok w rok rozstawiają swoje stanowiska, żeby potem przez trzy dni próbować zainteresować swoimi dziełami potencjalnych klientów, pracodawców czy nawet przyszłych pracowników. Zawsze czerpałem wielką radochę z łażenia między kolejnymi stanowiskami i rzucania okiem na ekrany monitorów, żeby zobaczyć te wszystkie nowinki, jakie przygotowali dla graczy zdolni ludzie znad Wisły. Nie wspomnę już o panelach i wykładach, gdzie ludzie z wieloletnim doświadczeniem dostarczają swoim „uczniom” potężną dawkę wiedzy.

Jednak od jakiegoś czasu wykazywałem coraz większą niechęć do rozmawiania z kimkolwiek obecnym na imprezie (nie z obrzydzenia! Żeby nie było nieporozumień o powodach piszę niżej!). Aż w końcu dotarłem do tego momentu, kiedy zdecydowanie bardziej niż w latach ubiegłych doskwierało mi uczucie porównywane do osamotnienia. No, może „osamotnienie” to za dużo powiedziane, ale tak się mniej więcej czułem kręcąc się przez większość czasu po wielkim kompleksie zupełnie bez celu.

Dla takiego kogoś jak ja, który na 99 proc. nigdy nie będzie pracować w branży, obecność na takim wydarzeniu ogranicza się w zasadzie do ogrania wszystkich wystawionych tytułów i zadaniu kilku pytań ludziom przy stoiskach. Bowiem Digital Dragons to impreza branżowa, gdzie spotykają się w zasadzie sami znajomi, którzy w niejednym studiu grę tworzyli i na niejednej imprezie nockę przegadali. Ja z kolei jestem przeciętnym graczem i równie przeciętnym dziennikarzem bez większych sukcesów i o grach mogę rozmawiać na takim właśnie poziomie. Próba dopasowania się i podjęcia rozmowy na tematy znajdujące się na znacznie wyższym poziomie wiedzy od tej, którą obecnie posiadam, skutkowałoby pojawieniem się w mojej głowie cytatu z filmu „Piątek”:

Niesamowite. Jeden kraj, jeden język, a ich i tak, kurwa, nie rozumiem.

Po prostu na ostatniej imprezie zauważyłem, że ja i oni to dwa odrębne światy, których jedyne co łączy, to zamiłowanie do gier. Może za bardzo przesadzam, może za bardzo panikuję, ale tego dnia zdecydowanie wolałem stać z boku, nie odzywać się i po prostu robić swoje, niż stać wśród ludzi mądrzejszych ode mnie i udawać że wiem, co się do mnie mówi, żeby potem oddalić się niepostrzeżenie.

Chcę być dobrze zrozumiany: Digital Dragons to świetna impreza i warto się na nią wybrać. Bo zarówno jakość zaprezentowanych nań gier (nawet jeśli to wczesne alfy) oraz ilość zebranych przeze mnie ulotek zachęcające do składania swojego CV jasno pokazują, że polski game dev ma się bardzo dobrze i ciągle rośnie w siłę. Jednak osobiście wolę oglądać owoce tego wzrostu z perspektywy gracza niż branżowca. Bo, jak wspomniałem, tylko jako gracz i w towarzystwie graczy czuję się naprawdę dobrze.