Ci cholerni recenzenci!

Opowiem wam historię dziennikarza, który napisał recenzję pewnej gry, za co w następstwie stracił pracę. A potem trochę się powymądrzam o oceniaczkach i o płatkach śniegu.

W 2007 roku Jeff Gerstmann, jeden z ojców założycieli i jeden z najpopularniejszych dziennikarzy GameSpot, został zwolniony. Ot tak, bez ostrzeżenia, z dnia na dzień. Dziennikarze gamingowi prześcigali się w domysłach odnośnie powodów zwolnienia Gerstmanna. Jedna plotka była na tyle prawdopodobna, że po krótkim czasie zaczęła krążyć wśród ludzi z branży jako oficjalnie obowiązująca informacja. Oczywiście, zarówno GameSpot, Gersrmann, jak i inne zainteresowane strony nie wypowiadały się oficjalnie na ten temat, przez co domysły pozostały domysłami. Przynajmniej przez jakiś czas.

Na chwilę zanim Gerstmann dowiedział się, że nie jest już potrzebny GameSpotowi, Eidos Interactive (obecnie znany pod szyldem Square Enix) zorganizowało szeroko zakrojoną kampanię reklamową dla gry Kane & Lynch: Dead Men. Widać, że nie szczędzono przy tym pieniędzy. Szczególnie było to widoczne na GameSpot: bannery i grafiki związane z grą, trailery, nawet te wykonane we Flashu zdobiły całą stronę główną i kilka podstron. Przez chwilę można było odnieść wrażenie, że czytelnik wszedł przez przypadek na stronę IO Interactive (twórcy K&L).

Zadanie napisania recenzji gry przypadło Gerstmannowi. Kiedy w końcu zeszło embargo, GameSpot opublikował jego recenzję i… Zaczęło się.

Szczegóły tego, co się wydarzyło tego feralnego dnia Gerstmann opowiedział dopiero pięć lat później. Problem stanowiła klauzula poufności w umowie między dziennikarzem a ówczesnym właścicielem GameSpot CNET Networks. Umowa ów wygasła zaraz po tym, jak założona przez Gerstmanna strona Giant Bomb została wykupiona przez obecnego właściciela GameSpot, CBS Interactive. Tym samym dziennikarz mógł bez skrępowania opowiedzieć, co się stało i przy okazji potwierdził tę jedną plotkę, która nie dawała spokoju.

A było to tak: kiedy na stronie pojawiła się recenzja, na końcu której widniała nota 6/10, mocno to rozjuszyło panów z Eidos. Nie podobało im się to, że władowali kupę kasy na promocję swojej gry dla strony, która zmieszała ich produkt z błotem. Po naciskach i groźbach ze strony Eidos, że ci wycofają swoje reklamy z GameSpot zapadła decyzja, że człowiek, który doprowadził do tego spięcia zostanie zwolniony. Dziennikarza wyrzucono, a na wszelkie sugestie o powodach jego zwolnienia GameSpot reagował albo milczeniem, albo stanowczym dementi.

Po co dzielę się tą starą historią? Otóż do jej napisania zainspirował mnie poniższy wpis na Twitterze Tomasza Tomaszewskiego ze studia Crunching Koalas.

To, co mnie najbardziej zaintrygowała, to determinacja, z jaką Tomaszewski rozprawia się z recenzją własnej gry zamieszczonej na raczej niewielkiej stronie XBLAFans, a także stara się udowodnić niekompetencję i brak profesjonalizmu autora tekstu, niejakiego Aarona McCurdy’ego.

Tomaszewski nie szczędzi przy tym słów. Już w pierwszym wpisie zwraca McCurdy’emu uwagę, że „pisanie nieprofesjonalnych recenzji i przyznawanie grom niskich not nie są dobrym sposobem na przyciągniecie czytelników”. Niektóre elementy recenzji sprawiają, że „ze smutkiem patrzy na kondycję dziennikarstwa gamingowego”, a także na gamedev, który musi co dzień borykać się z osobami o podobnym nastawieniu, co McCrudy:

Tomaszewski zarzuca autorowi, że skoro ten nie wie, jak się poruszać po grze, to jest jego wina, a nie gry. Twierdzi wprost, że ta recenzja „to zły przykład dziennikarstwa”. Poucza przy tym McCurdy’ego, że ten powinien być bezstronny, czego nie udowadnia pisząc, że nie jest fanem survivalów.

Tomaszewski zastanawia się też nad ostatecznym werdyktem. Pisząc o tym, że „Dużo osób pokocha tę grę. Myślę jednak, że większość nie” McCurdy – zdaniem Tomaszewskiego – sam nie wie, czy celem jest powiedzieć komuś, że gra jest dobra, czy ocenić, że większość jej nie polubi, oraz że powinien pracować jako kierownik sprzedaży, a nie jako dziennikarz.

I na koniec bomba:

Tomaszewski chce wiedzieć, co ludzie z branży i dziennikarze myślą o tej sprawie. Więc wypowiem się i ja.

Panie Tomaszewski, o co Tobie tak naprawdę chodzi?

Czy rzeczywiście chodzi o jakość recenzji McCurdy’ego? Nie twierdzę, że jest to najwyższy popis dziennikarstwa godny Nagrody Pulitzera. Ale też nie uważam, żeby ten tekst dawał jakikolwiek pretekst do tego, aby obrażać jego autora. A już w szczególności w sposób bucowaty odnosić się do tego, co robi.

A może nie chodzi o tekst, ale o notę końcową, która – jak sam pan przyznał – obniża ogólną notę waszej gry na Metacritic ?

MAMY ROK 2019. CZY MOŻEMY JUŻ PRZESTAĆ?

Czy możemy już przestać udawać, że oceniaczka nie jest najważniejszym elementem w recenzji? Że dla wydawców i developerów nota końcowa jest na wagę złota, a każda poniżej 8/10 tylko psuje statystyki? Że Metacritic to już nie jest miejsce, w którym pokazywane są całe spectrum różnych opinii na temat konkretnych gier, ale konkurs popularności?

Ja rozumiem, negatywna recenzja gry to nic miłego dla jego twórcy. Ale jak mam nazwać jego zachowanie, kiedy najpierw wprost zarzuca dziennikarzowi niekompetencję, brak umiejętności i sugeruje zmianę zawodu, żeby potem przyznać, że chodzi o średnią ocen na Metacritic? Fakt, tekst McCurdy’ego był daleki od przyznania mu Nagrody Pulitzera. Jednak bądźmy szczerzy, prawdziwym pretekstem do publicznego wylania na niego wiadra pomyj było to, że autor tekstu ośmieli się ocenić grę Crunching Koalas niżej, niż pokazuje to średnia na Metacriticu. Tyle i aż tyle. Od lat twierdzę, że oceniaczka na końcu recenzji psuje całą recenzję – wszyscy czytają wynik, ale mało kto uzasadnienie. I tego typu przypadki tylko to potwierdzają.

Zarówno Tomaszewskiemu z Crunching Koalas, jak i Eidos zależy wyłącznie na pozytywnym rozgłosie, a negatywne oceny potraktowali jak atak. Tym samym postanowili w dość nieudolny sposób się bronić. Jedyna różnica między Tomaszewskim a Eidos jest taka, że tym drugim chodziło też o kasę.