Wojna, którą z chęcią przeżyłbym jeszcze raz

Przy okazji zapowiedzi Overwatch na Nintendo Switch, niesłabnącej popularności Fortnite i mojego wielkiego powrotu do Counter-Strike, przypomniałem sobie o innej sieciowej strzelance, z którą spędziłem bodaj najwięcej czasu spośród wszystkich gier z tego gatunku, a z paczką szkolnych znajomych na jej serwerach witaliśmy rozpoczęcie nowego roku szkolnego.

Zanim o Enemy Territory przeczytałem w „CD-Action” (zasłużone 10/10), grę polecili mi kumple z gimnazjum. Wiedziałem o niej tyle, że stali za nią ludzie odpowiedzialni za Return to Castle Wolfenstein, że jest to strzelanka sieciowa, no i że jest darmowa.

Umówiliśmy się na sesję po szkole. Oprócz gry pobrałem też The All-Seeing Eye, który pozwolił mnie i moim kamratom odnaleźć się na serwerach (pamiętacie, jak bardzo chaotycznie wyglądała lista aktywnych serwerów po uruchomieniu gry? Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem nikt się tam nie zgubił) i mogłem zacząć wspólną grę z kamratami. Wsiąkłem na dobre.

Pojęcia bladego nie mam, ile czasu spędziłem na mapach Siwa Oasis, Gold Rush, Rail Gun, czy na moim ulubionym Fuel Dump, ile amunicji wystrzeliłem, ile wykonałem wezwań powietrznej artylerii, ile min postawiłem i ile czołgów naprawiłem. Nie wspomnę już o możliwości tworzenia kolorowych nicków i łączenia się w klany.

Do dzisiaj pamiętam większość naszych potyczek w drużynie Axis. Ja przeważnie zawsze wybierałem żołnierza z klasy Field Ops, który pozwalał właśnie na wzywanie potężnej artylerii (po wysłaniu odpowiedniego sygnału dymnego w kilka sekund zmiata w pył każdego, kto znajdzie się na linii zrzutu), no i na dostarczaniu amunicji pozostałym członkom drużyny. Próbowałem grać pozostałymi klasami, ale ta najbardziej mi podpasowała i zostałem z nią już do końca.

Oczywiście nie obyło się bez problemów. To były te piękne czasy, kiedy internet Neostrady musiał w zupełności wystarczać na wszystko. Zdarzały się zatem zawieszki, a niekiedy nawet wyrzucanie z serwerów. Jednak niezależnie od tego spędzaliśmy z tą grą niemal każde popołudnie, a zadawane nam szkolne prace domowe, które odkładaliśmy „na później” pisaliśmy następnego dnia siedząc na korytarzu przed salą. Klasyk gatunku.

Enemy Territory sprawiło mi wtedy największą frajdę od czasów pierwszego Counter-Strike’a. I nawet pomimo tego, że w ciągu ostatniej dekady pojawiła się cała masa strzelanek multi, z którymi również miło spędzam czas, to jednak ET darzę największą estymą. A już w szczególności w porównaniu do nieporozumienia, jakim było Quake Wars…