Chiński ból głowy Pana Zniszczenia

Sam nie wiem, co jest zabawniejsze: kolejne ogniska kryzysów wizerunkowych Blizzarda wywoływane przez samą firmę, czy spóźniona próba ich ugaszenia za pomocą benzyny.

Mam wrażenie, że od czasu Diablo III wszystko idzie nie po myśli Blizzarda – a to wydanie gry z błędem uniemożliwiającym jej odpalenie, a to zapowiedź Diablo na mobilkach zamiast wyczekiwanej kontynuacji, a to zapowiedź zwolnień z gracją słonia w składzie porcelany („w ubiegłym roku zarobiliśmy dużo hajsu. A, no i przy okazji zwolnimy 800 osób, elo”). Teraz na dokładkę zmaga się z gromami, jakie na nią spadają po decyzji o wykluczeniu z turnieju Hearthstone Chung „blitzchung” Ng Wai po tym, jak w wywiadzie po meczu głosił hasła nawołujące do wyzwolenia Hongkongu spod władzy Chin. Ban „blitzchunga” potrwa do października przyszłego roku. Firma zerwała także współpracę z osobami, które ten wywiad przeprowadziły.

Na reakcje graczy nie trzeba było długo czekać – ci nie tylko słali negatywne komentarze pod adresem Blizzarda, ale także rozpoczęli czynny bojkot firmy. Jednym z takich działań była próba masowego kasowania kont na Battle.net (piszę „próba”, ponieważ firma postarała się o maksymalne utrudnienie tego procesu). Zainteresowanie aferą okazało się tak duże, że włączył się nią nawet kongres Stanów Zjednoczonych.

Reakcja Blizzarda na krytykę to jeden wielki dowcip. Nie dość, że firma co chwilę wypluwała z siebie oświadczenia, które wzajemnie się zaprzeczały, to jeszcze – jak zwrócili uwagę chińscy dziennikarze – komunikaty w języku chińskim mocno różniły się od oryginałów, tak żeby udobruchać oburzoną chińską społeczność.

Blizzard wybrało dla siebie odpowiedni moment na pokazanie Diablo IV

Wisienką na torcie był niedawny BlizzCon, podczas którego sam prezes Blizzarda, J. Allen Brack, po miesiącu od wybuchu afery przeprosił za zbyt szybkie podjęcie „pewnych decyzji”. Wszystko fajnie, ale dla „blitzchunga” i komentatorów, którzy przeprowadzili z nim rozmowę to nie ma żadnego znaczenia, bo roczny ban dalej obowiązuje. Czyli w sumie przeproszono, ale tak nie do końca. Ale przynajmniej dostaniemy Diablo IV. Więc Blizzard jest już fajny, co nie?

Nie będę zaprzeczać temu, że regulaminy są po to, żeby ich przestrzegać i Blizzard miał prawo zareagować, jeśli jego kanały są wykorzystywane do wygłaszania politycznych oświadczeń. Mało tego, jestem w stanie uwierzyć temu, co mówił Brack – nie chodzi o treść oświadczenia, ale środki, które wykorzystano do jego przekazania. Jednak w reakcji na krytykę wystarczyło jedno solidne oświadczenie, które wyjaśniłoby wszystko jasno i klarownie, przecinając spekulacje. Zamiast tego Blizzard z każdym dniem podejmował kolejne nerwowe ruchy, które mogły świadczyć o tym, że cała ta sprawa ma drugie dno.

O antyrządowych protestach w Hongkongu jest głośno od kilku miesięcy. A jeszcze głośniej jest o firmach lub organizacjach, które z chińskim rządem wolą żyć w przyjaźni. Bo gdy w grę wchodzi biznes na bok trzeba odłożyć takie kwestie, jak wolność słowa. Nie jest żadną tajemnicą, że chiński rynek jest bardzo atrakcyjny również dla producentów i wydawców gier. Tym trudniej uwierzyć zapewnieniom Blizzarda, że chiński rząd nie miał żadnego wpływu na decyzję firmy. Bo miał, tylko niebezpośredni.

Gdyby firma podjęła walkę z „chińskim smokiem”, musiałaby się liczyć z ogromnymi stratami finansowymi, ale w oczach całego świata stałaby się bohaterem, który jest w stanie poświęcić swoje finanse dla dobrej sprawy. Cóż, Blizzard zareagował, jak zareagował, przez co na własne życzenie stało się chłopcem do bicia. Na tym etapie nie pozostaje nic innego, jak próbować drobnymi krokami minimalizować straty. Ewentualnie liczyć na to, że premiera Diablo IV przyćmi zakończenie banicji „blitzchunga”. Bo wtedy ewidentnie będzie mieć coś ciekawego do powiedzenia.