To nie rewolucja, ale ewolucja

Daleki jestem od jednoznacznego stwierdzenia, czy najnowsze dziecko Hideo Kojimy, to przejaw czystego geniuszu, czy spełnienie mokrego snu człowieka z ego większym niż Kilimandżaro. Jedno jest pewne – Death Stranding zrobił niemałe zamieszanie, czy to się komuś podoba, czy nie.

Stosunek graczy to najnowszego samodzielnego dzieła Kojimy widać było zwłaszcza na „ćwierkaczu” na chwilę przed premierą. Część moich znajomych wprost przyznała, że kupi grę tylko po to, żeby hejtować Kojimę – bo to buc, bo nadęty, bo uważa się za nie wiadomo co, a jego gra to ogromny balon, który po prostu pęknie. Pozostali postanowili dać szansę Japończykowi. Efekt był taki, że w ciągu tygodnia od premiery Twitter został zalany screenami z gry, a YouTube i Twitch pękał w szwach od letsplay’ów (również i niżej podpisany miał w tym swój udział). Tylko niewielki odsetek moich znajomych nie wytrzymało i odinstalowało grę z PS4 jeszcze zanim przebrnęli do połowy fabuły. Reszta albo była wprost zachwycona grą, albo uznało, że jest całkiem dobra, choć niepozbawiona wad.

Death Stranding nie jest grą dla każdego, to fakt. Jest dziwna od początku do samiuśkiego końca, fabuła jest skomplikowana i miejscami nie ma najmniejszego sensu, w dodatku wypełniona po brzegi symbolikami i drugimi dnami, a gameplay to jeden wielki śmietnik, do którego twórcy co krok wrzucają kolejne elementy, tak że łatwo się pogubić. Chyba tylko najbardziej zatwardziali fani twórczości Kojimy są w stanie to wszystko ogarnąć bez drapania się w głowę. Ale jedno trzeba przyznać – gra jest fenomenem, w którego sukces komercyjny chyba mało kto wierzył.

Sam byłem nausznym świadkiem tego, jak ktoś stwierdził, że Death Stranding „nie pyknie”, bo za bardzo odbiega od znanych schematów: że to nie jest kolejny Demon Souls czy inny Call of Duty, do których jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni. Ba, po premierze okazało się, że Death Stranding nie podeszło za bardzo amerykańskim graczom, bo ci myśleli, że to jest… strzelanka. Ale czy właśnie nie na tym to wszystko polega? Czy gry, podobnie jak film czy literatura, nie powinny przełamywać schematów, eksperymentować, bawić się konwencjami? Przez ostatnie lata powstała cała masa gier indie, których twórcy nieraz wykazali się odwagą w przełamywaniu pewnych barier, ale także pomysłami, których ze świecą szukać w dużych produkcjach AAA. W moim odczuciu Death Stranding – niezależnie od tego, jak dziwny i pokręcony jest świat w nim przedstawiony i jak bardzo zagmatwana jest fabuła – jest swego rodzaju powiewem świeżości dla lekko zatęchłego rynku AAA.

Kojima od początku chciał stworzyć grę swoich marzeń. Po tym, jak wyrwał się ze szponów Konami, w końcu mu się to udało. Można hejtować go za tworzenie tytułów, w których więcej jest filmów niż gier, czy za przesadną autopromocję i wychwalanie swojego geniuszu. Jednego tylko nie można mu odmówić: jego najnowsze dzieło jest pierwszą od wielu lat produkcją, w której na pierwszym miejscu postawiono artystyczną wizję jej twórcy. I możemy się z niego nabijać, mówić, jakie Death Stranding jest dziwne i mocno oderwane od tego, co było nam znane do tej pory. Trzeba jednak pamiętać o tym, że to właśnie tego typu produkcje przez lata kształtowały rynek gier, jaki znamy dzisiaj. A mając na uwadze realia współczesnego gamedevu, gdzie o eksperymentowaniu mowy być nie może, gdy o ostatecznym kształcie danej gry decyduje wydawca z batem w ręku, długo nam przyjdzie czekać na powtórkę.