Odcięty na własnej wyspie

Animal Crossing: New Horizon pojawił się w najlepszym z najgorszych okresów. Bowiem dziś tak jak nigdy wcześniej ludzie potrzebują choć na chwilę odłączyć się od tej niepewnej i dość ponurej rzeczywistości.

Przyznam szczerze, że ominął mnie pierwszy Animal Crossing, ten, który wyszedł na Nintendo 64, a potem również na GameCube. Przez lata przeczytałem za to całą masę tekstów wspominkowych o tej grze. Wszyscy bardzo ciepło wspominali ten tytuł. Kiedy lata później na Nintendo DS wyszło Animal Crossing: Wild World skorzystałem z okazji (promocje w lokalnym sklepie!) i w końcu miałem okazję zapoznać się z grą, o której wszyscy mówili. Wsiąkłem.

Nie mam pojęcia, ile godzin spędziłem na spłacaniu swojego domu, szukaniu do niego odpowiednich mebli, łowieniu ryb itd. Wiem natomiast, że odwiedzanie tej małej wioski i rozmowa z sąsiadami stały na porządku dziennym. Zawsze zaczynałem giercowanie od sprawdzenia, czy nie wyrosły gdzieś znowu jakieś chwasty i poszukiwania w ziemi szczątków dinozaurów, a dopiero dużo później odpalałem coś innego.

Animal Crossing: Let’s Go to the City na Wii miałem tylko przez krótki czas (egzemplarz pożyczyłem od znajomego, który dopiero zaczynał zabawę z Wii), ale również świetnie się bawiłem. Na dłużej jednak posiedziałem z New Leaf na 3DS. Koncepcja zostania burmistrzem małej wioski spodobała się fanom, jak i pozostałym graczom dopiero zaczynający przygodę z Animal Crossing.

Jednak największe poruszenie przyszło w w tym roku, wraz z premierą Animal Crossing: New Horizons. W dużym skrócie: świat oszalał. W Japonii w ciągu trzech dni rozeszło się grubo ponad milion kopii gry. Codziennie, gdy włączam Switcha, wśród znajomych będących online zdecydowana większość (80 proc.) gra w nowe Animal Crossing. Nie wspomnę już o mediach społecznościowych, które zostały zalane screenami, filmikami, artworkami, fan artami i cholera wiem czym jeszcze.

Przyznaję, że fani od kilku lat domagali się Animal Crossing na Switcha i w końcu go dostali. Ale takiego boomu w życiu się nie spodziewałem. Jednak po krótkiej analizie tego, co się dzieję dookoła nas nietrudno wysnuć wniosek, dlaczego od kilku dni Animal Crossing nie schodzi nam z ust.

Myślę, że tego właśnie było nam trzeba. W czasie stopniowej, aż w końcu niemal całkowitej izolacji spowodowanej słuszną obawą o nasze życie i zdrowie oraz nadmiarem niepokojących przekazów medialnych ludzie potrzebowali chwili oddechu. Oczywiście gry od zawsze sprawiają, że mogliśmy uciec do wirtualnego świata, z dala od przyziemnych problemów. Jednak Animal Crossing ma pewną przewagę np. nad strzelankami sieciowymi, co za razem stanowi jego największą zaletę: dzięki niej ludzie otrzymali namiastkę tego, co jeszcze przed chwilą mogli doświadczać do woli osobiście. Owszem, w grze dzieje się to w dość okrojonym wydaniu i z lekko przesłodzoną otoczką, ale wciąż. Wszyscy gracze mogą korzystać z uroków wysp, na których się znaleźli, rozmawiać ze swoimi sąsiadami, pracować, dzielić się w internecie swoimi osiągnięciami, śmiać się, a także mają możliwość odbywania wirtualnych spacerów ze swoimi znajomymi.

W tych dziwnych i niepewnych czasach ważne jest, abyśmy pozostali w kontakcie z bliskimi i przyjaciółmi, niezależnie od tego, jakich środków komunikacji do tego wykorzystamy. Myślę, że Animal Crossing jest jednym z takich środków. A przy okazji pozwala nam choć na chwilę oderwać się od tej niespokojnej atmosfery, która obecnie zapanowała.

Pamiętajcie: bądźcie zdrowi, nie wychodźcie z domów. I do zobaczenia na wyspie. 😉