Sapkowski miał rację

Mimo, że zrobiłem sobie krótką przerwę od pisania czegokolwiek (nie licząc zestawu obowiązkowego m.in. dla Gamemusic.pl), to nie oznacza, że zrezygnowałem ze śledzenia nowinek ze świata gier. Robiłem to bardzo regularnie, dzięki czemu byłem na bieżąco z gorącymi wydarzeniami, które rozpalały cały Internet. I teraz z ogromną chęcią do tych wydarzeń powrócę dzieląc się z wami moimi opiniami na ich temat. Pozwólcie jednak, że zanim wejdę z butami do waszych głów zmyję z siebie gówno, w którym pływałem przez ponad miesiąc.

Nie dalej jak miesiąc temu miała miejsce premiera The Last of Us 2 – jedna z najbardziej oczekiwanych gier tego roku i jak się okazało – jedna z najbardziej kontrowersyjnych. Choć kontrowersje wzbudziła jeszcze na długo przed premierą. Pamiętam, jakie poruszenie wywołał materiał z E3 ukazujący pierwsze minuty gameplay’u. I nie mówię tu o grafice, animacji postaci czy w ogóle gameplay’u, ale o scenie pocałunku Ellie i Diny.

Pocałunek dwóch dorosłych dziewczyn wywołał burzę w Internecie. Ale to było nic w porównaniu z tym, co działo się po premierze gry. Delikatnie mówiąc, nie wszystkim gra przypadła do gustu. Niektórzy wyrażali to wystawiając skandalicznie niskie noty na Metacritic (niektórzy nawet 15 minut po pojawieniu się gry na PS Store), część wyrażała swoje opinie w mediach społecznościowych. Jeszcze inni poszli o krok dalej wysyłając groźby twórcom tej produkcji i aktorom, którzy użyczyli głosów postaciom.

Groźby otrzymali m.in. Laura Bailey, która w grze wciela się w rolę Abby. „Zamierzam znaleźć miejsce, w którym mieszkasz i zamordować za to co zrobiłaś [SPOILER]. Zapamiętaj moje pieprzone słowa”, „zadźgam cię”, „zamierzam cię zabić, ponieważ [SPOILER] w The Last of Us 2”. To tylko niektóre wiadomości, jakie otrzymała w mediach społecznościowych. Oberwało się także reżyserowi Neilowi Druckmannowi.

I tu na chwilkę pragnę się zatrzymać. Otóż kiedy po raz pierwszy usłyszałem o groźbach skierowanych w stronę twórców poczytałem trochę komentarzy. Gracze usprawiedliwiali „krytykę”, mówiąc o tym, że twórcy poprzez kilka wątków zniszczyli całą fabułę, więc mieli prawo wyrazić swoje niezadowolenie. Niby racja. Jednak patrząc na to, jakie groźby otrzymał Druckmann, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że nie o fabułę była cała ta wrzawa.

Kolejny przykład, tym razem z naszego podwórka. Cały zachodni świat obchodził w ubiegłym miesiącu Pride Month. Wiele korporacji, które już wcześniej deklarowały swoje poparcie dla osób LGBT, zrobiły to i tym razem. Większość firm zrobiła w sposób symboliczny zmieniając w swoich mediach społecznościowych swoje loga na tęczowe odpowiedniki. U nas na taki krok zdecydował się CD Projekt RED. Ta niewielka zmiana wywołała ogromne zamieszanie. W komentarzach oprócz groźby bojkotu i wycofania pre-orderów Cyberpunka (guess what, ani jeden pre-order nie został wycofany) wylało się gówno. Takie gęste, że można był z niego ulepić całą armię bałwanów.

Ktoś powiedział, że to skok na kasę. Jeszcze inny, że to chwyt marketingowy, że trzeba się podlizać zachodnim graczom. Być może i tak było. Ba, sam jestem nawet o tym przekonany, że w grę wchodził przede wszystkim wizerunek firmy na zewnątrz. Ale czytając komentarze na facebookowym profilu CDPR, nie wiedzieć czemu, pojawił mi się przed oczami poniższy obrazek:

Naprawdę, bardzo niewiele potrzeba, aby ci, którzy na co dzień śmieją się z płatków śniegu sami w mig się nimi stali.

Reprezentacja społeczności LGBT w grach nie jest nowością i mógłbym na ten temat napisać książkę, oraz o tym, jak ich obecność wciąż rozpala emocje (patrz przykład Mizheny w Baldur’s Gate). Jednak na tę chwilę chciałem się skupić na wyżej opisanych przypadkach, gdyż została przekroczona pewna granica.

Wyjaśnijmy sobie pewną rzecz. Gry to sztuka, ich twórcy to artyści. Każdy artysta ma pełną dowolność, gdy chodzi o tworzenie swoich dzieł, a te mogą, a nawet wręcz powinny być poddawane krytyce, nawet tej najostrzejszej. Sam należę do tych osób, które tzw. pewniakom i potencjalnym hitom roku są w stanie wystawić noty 5/10.

Jednak, do kurwy nędzy, nigdy by mi nie przyszło do głowy grozić komuś śmiercią!

Myślałem, że to jest kwestia zdrowego rozsądku. Tyle i aż tyle. Jednak czytając wszystkie te komentarze w Internecie mocno zwątpiłem w ludzkość. Jeden lesbijski pocałunek czy tęcza w logo wywołuje u ludzi takie pokłady agresji, których nigdy nie spodziewałem się zobaczyć u żadnego człowieka. I to nie chodzi tylko o prześmiewcze memy i wyzwiska, ale o jawne deklaracje odebrania komuś życia za to, że ktoś wspiera – realnie, czy tylko wizerunkowo – środowisko osób LGBT, albo że sam do takich osób należy, albo – o zgrozo! – że w ogóle śmiał wstawić takie treści gry, w której stanowią 0,1 proc. całości.

Co mnie najbardziej boli, to to, że wszystkie te nienawistne komentarze pochodziły od graczy, czyli od bliżej nieokreślonej grupa osób, których łączy wspólna pasja, czyli granie do upadłego, z którymi sam się identyfikuję. Wielokrotnie powtarzałem sobie, że w tym środowisku czuję się najlepiej. Jednak czytając komentarze tych ludzi w czasie Pride Month jeszcze nigdy nie było mi tak bardzo wstyd. Wystarczyła jedna iskierka, żeby co poniektórym puściły hamulce.

Na szczęście to nie dotyczy wszystkich. Mam grupę bliskich i nieco dalszych znajomych, którzy nie triggerują się za każdym razem, gdy zobaczą w grze geja, albo gdy – co uznawane jest za najgorsze, co można spotkać w dzisiejszych „lewackich” grach – główną bohaterką jest kobieta. A takich, którym takie rzeczy przeszkadzają, mogę policzyć na palcach jednej ręki, ponieważ cytując Andrzeja Sapkowskiego: „niewiele takich osób znam, bo obracam się raczej wśród ludzi inteligentnych”.