Bolesne powroty

Po latach trzymania GTA V na kupce wstydu w końcu udało mi się w tę zagrać, a nawet zobaczyć napisy końcowe. Przy tej ilości gier, które rozpocząłem, ale nigdy nie ukończyłem, traktuję to jako mały sukces. Nabuzowany adrenaliną postanowiłem przejść od nowa pierwszą trylogię GTA w uniwersum 3D. Niemal od razu po ukończeniu „piątki” uruchomiłem GTA III. To był ogromny błąd.

Należę do tego typu ludzi, którzy bardzo chętnie grają w tytuły sprzed kilkunastu czy nawet już kilkudziesięciu lat. Robię to oczywiście głównie z sentymentu i czystej przyjemności, choć z wiekiem doszedł do tego również inny powód – mój obecny styl życia związany z brakiem czasu (i niekiedy również funduszy) nie pozwala mi zbytnio cieszyć się z większości nowinek, jakie wychodzą. Nigdy jednak nie narzekałem. Wielokrotnie na tym blogu powtarzałem, że nie mam szczególnego parcia na dorwanie gier w dniu premier, choć zdarzają się wyjątki, o których wspominałem w poprzedniej notce.

Ale nie zawsze podróż do przeszłości jest miła. Przekonałem się o tym dosyć boleśnie odpalając właśnie GTA III od razu po ograniu GTA V. I momentalnie wszystko zaczęło mi przeszkadzać: miałka fabuła, misje bez polotu (przynieś, podaj, pozamiataj), brak sterowania kamerą, martwe miasto, bohater bez większej głębi i charyzmy… Mógłbym wymieniać.

Mój problem z tą grą polega tak naprawdę na tym, że nie podszedłem do GTA III na świeżo. Patrzyłem na nią raczej przez pryzmat dopiero co ukończonej przeze mnie „piątki”, a różnica wieku między nimi wynosi dobrych kilkanaście lat. Wyrobiłem u siebie pewne przyzwyczajenia, których brak odczuwam w starszych grach. Np. uważam, że możliwość sterowania kamerą w grach akcji powinno być standardem.

Podobnie było np. z Fallout. Do dziś uważam 1 i 2 za najważniejsze tytuły, w jakie grałem, jednak z wielkim trudem podchodzę do nich w 2020 roku. Od razu bowiem wyłapuję wszystkie wady, które nie przystają do współczesnych standardów i które – podobnie jak w przypadku GTA – mocno mi przeszkadzają w czerpaniu radochy z grania.

Ale z drugiej strony są też i takie gry, do których chętnie powracam, mimo że znam ich uwspółcześnione wersje, jak Heroes of Might & Magic 3, SimCity 2000, czy Wrota Baldura. Zaryzykuję zatem tezę, że mechaniki kolejnych odsłon serii niczym się między sobą nie różnią, więc przejście od świeżo wydanej odsłony danej serii do jej starszego odpowiednika przebiega bardziej gładko. Dlatego też nie dostrzegam ogromnej różnicy między Heroes of Might & Magic 3 a Heroes of Might & Magic 7, poza drobnostkami, no i oczywiście oprawą audio-wizualną.

W przypadku GTA III i GTA V – dostrzegam między nimi sporo dużych różnic, stąd też trudno jest mi z miejsca przesiąść się z jednego tytułu na drugi. Może gdybym odpalił „trójkę” kilka miesięcy później, kiedy emocje po ograniu GTA V w końcu opadną, to może wróciłyby we mnie wspomnienia sprzed tych kilkunastu lat. Pewności nie mam, ale spróbować warto.